Znów to samo. Tydzień temu ligowy mecz Chicago Fire z Orlando City kręcił się wokół spotkania Roberta Lewandowskiego z Antoine'em Griezmannem, bo Amerykanie, mistrzowie dorabiania narracji i ubierania wszelkich sportowych wydarzeń w odpowiedni kontekst, przepowiadali, że to szansa, by wreszcie rozstrzygnąć, który z nich był najważniejszym transferem lata i wywarł większy wpływ na swoją nową drużynę. Lepszy okazał się Lewandowski, który strzelił zwycięskiego gola z rzutu karnego. Teraz znów był w centrum zainteresowania mediów i kibiców, bo spotykał na swojej drodze zawodnika, którego zastąpił w Chicago Fire - Hugo Cuypersa. W ćwierćfinale Pucharu Lig (wspólnych rozgrywek dla klubów z Meksyku i USA) mieli zwieńczyć ich krótką, aczkolwiek ciekawą i wielowątkową historię. Kluczowa okazała się 83. minuta, którą Polak będzie chciał szybko wymazać z pamięci.

Z duetu Lewandowski - Cuypers nic nie wyszło…

Byłem w Chicago tuż po tym, jak na przedmieściach stanęły billboardy zachęcające Roberta Lewandowskiego do przeprowadzki i gdy zaczynały pęcznieć plotki o jego transferze do Fire. Część kibiców rozpływała się na myśl o jego współpracy z Cuypersem, który był wówczas liderem strzelców nie tylko klubu, ale całej MLS - po jedenastu meczach miał trzynaście goli. Wyobrażali więc sobie Lewandowskiego obok niego i widzieli jeszcze więcej goli, jeszcze więcej zwycięstw i upragnione trofea. Inni, analizujący sytuację nieco wnikliwiej, przestrzegali jednak, że style gry Lewandowskiego i Cuypersa są wręcz bliźniacze, więc mogą sobie wzajemnie przeszkadzać. Gregg Berhalter, trener Chicago, kluczył natomiast na konferencjach prasowych i raz mówił, że spróbuje ustawienia z dwoma napastnikami, innym razem sugerował, że żadnej rewolucji nie będzie, a dociskany przez dziennikarzy uciekał w bezpieczny wywód o "elastyczności w futbolu", chwaląc sobie to, że rywale nigdy nie będą wiedzieć, co planuje i w jakiej formacji ustawi swój zespół.