To był mecz dla cierpliwych. Amerykanie reklamowali spotkanie Orlando City z Chicago Fire twarzami Roberta Lewandowskiego i Antoine'a Griezmanna - dwóch gigantów, którzy przenieśli się do MLS tego lata. Zanim jednak zaczęli błyszczeć, nad stadionem rozpętała się burza i mecz został wstrzymany na dwie godziny. Dopiero po tej przerwie Lewandowski i Griezmann doszli do głosu. Najpierw Francuz zaliczył asystę, później Polak strzelił gola. I to jego Chicago Fire zeszło z boiska zwycięskie (2:1).

screen YouTube

Od początku wszystko kręciło się wokół Roberta Lewandowskiego i Antoine’a Griezmanna – już kilkadziesiąt minut przed meczem zostali zaproszeni na krótkie wywiady, następnie kamery podglądały ich w drodze do szatni i w tunelu - tuż przed wyjściem na murawę, a później - już w trakcie meczu - każda przerwa w grze wydawała się idealna, by pokazać na zbliżeniu twarz przynajmniej jednego z nich. Realizatorzy nie dbali nawet o zachowanie pozorów - reszta zawodników ewidentnie była dla nich tylko tłem. W jednej sytuacji było to wręcz groteskowe.

Ale czy kogokolwiek takie podejście dziwi? Lewandowski i Griezmann są ze sobą zestawiani, odkąd tylko pojawiali się w USA. Porównywane były już ich prezentacje - skromna konferencja prasowa w przypadku Polaka i głośne ogłoszenie transferu Francuza ze sceny na Times Squere. Później pod lupą znalazły się ich debiuty - Lewandowski znów był w tyle, bo w przeciwieństwie do Griezmanna nie przywitał się golem i nie poprowadził swojego zespołu zwycięstwa. Ale już w kolejnych meczach to on i jego koledzy z Chicago spisywali się lepiej, dzięki czemu po siedmiu rozegranych dotychczas meczach to Lewandowski miał minimalnie lepsze statystyki - trzy gole wobec dwóch goli i asysty Francuza.