Miały być końcem ery wpadek, gwarantem sprawiedliwości i technologicznym bastionem, którego nie da się oszukać. Systemy wspomagające arbitrów - od goal-line po VAR - od zawsze były jednak bohaterami skandali. Kulisy ich funkcjonowania to manipulacje, tuszowanie błędów i milczenie. I tylko w skrajnych sytuacjach kibice orientują się, że coś jest nie tak.
"Jak system nie reagował w sytuacjach ewidentnych lub nie działał w sytuacjach spornych, to mieliśmy dwie, trzy sekundy żeby zareagować i wysłać do sędziego informację o golu. Alt+enter i zegarek sędziego wibrował, tak jakby piłka minęła bramkę. O tym wiedzieli jednak tylko ci, którzy siedzieli na wozie i obsługiwali komputer". Takie były początki nowych technologii w piłce. Czy teraz jest dużo lepiej? W to wszyscy wierzymy. Ale czasem lepiej nie wiedzieć, co dzieje się za kulisami.
Piłka pomylona z głową, lub przeszkadzające flagi
Ta cytowana wyżej sytuacja, to fragment rozmowy jaką przeprowadziliśmy w 2018 roku z Suzana Castaignede, operatorką i informatyczką pracującą dla GoalControl. To niemiecka firma, która stworzyła system technologii goal-line (GLT) używany w piłce nożnej. System potrafił w czasie rzeczywistym wykryć, czy piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Na stadionie montowano kilkanaście kamer obserwujących futbolówkę i linie boiska. Dane wpadały do komputera, a ten informował arbitrów o golu wysyłając sygnał na zegarek. Taka była przynajmniej teoria przekazywana sędziom, klientom usługi i kibicom.






