Na pierwszy rzut oka dostrzeżenie sygnałów świadczących o tym, że coś jest nie tak, to jak szukanie igły w stogu siana - wydaje się niemożliwe. Wszystko zdaje się typowe: obowiązki odhaczone, spotkania z bliskimi i znajomymi zaliczone, zalegających wiadomości brak, słowem, codzienność toczy się swoim rytmem. Nietrudno więc przeoczyć, że ta normalność to pozory, a uśmiech jest jedynie maską. Można przecież się uśmiechać i sprawiać wrażenie bycia szczęśliwym, jednocześnie cierpiąc. To właśnie ta rozbieżność między tym, co łatwo zauważalne, a tym, czego nie widać, jest określana mianem "uśmiechniętej depresji".

Zobacz wideo

Warto zacząć od tego, że termin "uśmiechnięta depresja" nie jest oficjalnym rozpoznaniem psychiatrycznym, więc w gabinecie raczej nie padnie. Funkcjonuje jedynie w języku potocznym i bywa zamiennie stosowany z pojęciem depresji wysokofunkcjonującej. Osoby nią dotknięte na ogół nie dają po sobie poznać, że coś jest nie w porządku. Tymczasem w ich wnętrzu może rozgrywać się prawdziwy dramat - od przytłaczającego smutku, po poczucie, że rzeczywistość po prostu je przytłacza.

Choć cierpią, to otoczenie tego nie widzi. Nie dlatego, że nie chce, po prostu nauczyły się funkcjonować tak, by ukrywać prawdziwe emocje. Nie pozwalają sobie na przygnębienie w towarzystwie, starają się cały czas robić dobrą minę do złej gry i za nic nie dopuszczają do siebie możliwości, by kogoś poprosić o pomoc. Z czego to wynika, skąd w ogóle bierze się taki stan i co sprawia, że tak trudno go dostrzec? Porozmawiałam o tym z psycholożką Natalią Ziopają, autorką takich bestsellerowych książek psychologicznych jak "Relacyjność" i "Ucieczka przed życiem w pełni".