- Czuję, że najbardziej stresująca część sezonu już się skończyła - powiedziała dwa dni temu Iga Świątek. Jej kibice mogliby dziś zażartować, że zależy jak dla kogo. Ale nieprzespana noc skutkująca przybyciem na naszych głowach siwych włosów skończyła się taką radością, jakiej nie mieliśmy od 11 miesięcy. Polska tenisistka kapitalnie wytrzymała dreszczowiec z Eliną Switoliną i wygrywając 6:3, 1:6, 6:3 awansowała do finału turnieju WTA 1000 w Toronto. Wymowne, że z szaloną wręcz euforią to zwycięstwo przyjęła Daria Abramowicz.

Od początku decydującego seta Elina Switolina (nr 9 w światowym rankingu WTA) naciskała z całych sił. Iga Świątek (nr 8 na liście WTA) obroniła się raz, drugi, trzeci i piąty – widmo przełamania swojego serwisu odgoniła aż pięć razy. Ale gdy szósty breakpoint dał w końcu Ukraince to, na co tak mocno pracowała, obawialiśmy się, że znów przeżyjemy to samo.

W marcu w Indian Wells i w maju w Rzymie Switolina stawała na drodze Świątek odpowiednio w ćwierćfinale i półfinale turniejów rangi WTA 1000. W obu imprezach Iga tuż przed meczami z Eliną grała świetnie. Tak, że już zaczynaliśmy wierzyć w jej pierwszy od września 2025 roku wygrany turniej. Już cieszyliśmy się, że wraca do wielkiej formy. I wtedy następowało zderzenie ze ścianą.