Jeszcze przed maturą oświadczyłam rodzicom, że kończę z mięsem, zostaję wegetarianką. Boże, co oni wyprawiali! Uznali, że jestem psychicznie chora.

– Śniadanie. Najczęściej kiełbasa z patelni. Grube plastry żywieckiej smażone na smalcu. Smalec w kostce 250 gramów, tłustawy biały papier, czerwone słowo „smalec", niebieskie „wyborowy". Zapas smalcu w lodówce. Palce trzeba było myć mydłem.

Mogły być naleśniki. Przepis na ciasto naleśnikowe mojej mamy to: nabijasz na widelec kawałek słoniny, jeździsz nią po patelni, na to wylewasz ciasto. Nie przyszłoby mi do głowy, że naleśniki można usmażyć na czymś innym niż słonina. O tym, że można użyć do tego choćby oleju rzepakowego, dowiedziałam się w szkole na zajęciach praktyczno-technicznych. Pani kazała przynieść z domu gotowe ciasto naleśnikowe. Mama zapakowała mi cuchnące plastry razem z bryłką słoniny w słoiczku do odgrzania. Szyderczy śmiech koleżanek, zatykane nosy, wstyd.

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.

kalendarium