Ktoś pisze, że dzieci mogą jadać co najwyżej w bistro w galeriach handlowych, a nie w restauracjach. Ktoś nie może znieść stojącej na klatce dziecięcej hulajnogi. Przypomina mi się Paszczak z "Doliny Muminków", który wyremontował zniszczony lunapark, a potem kazał dzieciom bawić się w nim w absolutnej ciszy.

- Nasze społeczeństwo nie lubi dzieci. Irytuje nas już sam ich widok w restauracji - powiedziała mi Zofia Urbanek, antropolożka, mama. Pod wywiadem z nią pojawiło się ponad 700 komentarzy, z których jasno wynika, że ma rację.

Czytam je i zastanawiam się, czy określenie, że my dzieci nie lubimy, nie jest zbyt łagodne. Bo opinie komentujących wskazują, że my ich wręcz nienawidzimy.

Ludzie piszą o rozbestwionych "bachorach", głośnych i przeszkadzających, które nie potrafią się zachować w restauracji ("w Hiszpanii, czy we Francji potrafią"). Piszą o swoim prawie do spokoju i lotu samolotem bez rozwrzeszczanego niemowlaka. Radzą, by z dziećmi nie latać, nie jeździć pociągami. Niech podróżują publiczną komunikacją dopiero jak dorosną i będą umiały się zachować.

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.