- Wszyscy narzekają na serwis Igi Świątek, a ja się z tym kompletnie nie zgadzam - mówił nie raz, i nie dwa Wojciech Fibak. Cóż, tym razem chyba nawet największy piewca talentu naszej najlepszej tenisistki w historii musiał być bliski zmiany zdania. Aż nagle Świątek obudziła się z koszmaru. Czegoś takiego dawno nie widzieliśmy! Polka pokonała Ukrainkę Martę Kostiuk 3:6, 6:1, 6:2 w meczu o ćwierćfinał turnieju WTA 1000 w Toronto.

Jeśli to nie jest kwestia psychiki, to czego? Jak inaczej – niż nerwowością, napięciem, stresem – tłumaczyć aż tak drastyczny "zjazd" Igi Świątek w jednym, konkretnym, mierzalnym, aspekcie gry, jak serwis Polki w pierwszym secie meczu z Ukrainką? I później tak spektakularny powrót!

W swoich dwóch poprzednich meczach turnieju WTA 1000 w Toronto Świątek serwowała bardzo dobrze. Przeciw Sarze Bejlek (6:0, 6:3) i Viktorii Golubić (6:2, 6:1) nie miała w tym elemencie żadnych problemów. Czeszka i Szwajcarka wygrały tylko po jednym gemie serwisowym Polki. "Tylko", bo porównując jeszcze z Wimbledonem, czyli ostatnim turniejem, w jakim wystąpiła Świątek, widzieliśmy dużą poprawę.

W Londynie Iga w trzech meczach traciła podanie 10 razy, czyli średnio 3,33 raza na mecz, a nie raz, jak teraz, w pierwszym i drugim meczu w Toronto. Przed starciem Świątek z Kostiuk o ćwierćfinał "tysięcznika" w Toronto pisaliśmy, że to będzie dla Igi poważny test. I był. Zdecydowanie.