"Czemu Zosia zachorowała? " Często słyszę to pytanie. I byłoby to całkiem do zniesienia, gdyby przy tej okazji nie padały też propozycje odpowiedzi. Przez klątwę. Przez zanieczyszczone powietrze w Polsce. Przez moje problemy w ciąży. Przez to, że zabrałam ją do Włoch i przez związany z tym stres. Przez nieodpowiednią dietę i przez to, że nie jem mięsa. Przez karmę. Błędy. Pecha. Złe duchy. Dobre duchy. Za grzechy przodków. Bo mi się należało. Bo na to nie zasłużyłam. Bo mój mąż spędził lata na odkrywaniu świata i siebie, to niech ma, za to beztroskie życie, dziecko z białaczką. Bo źle o nią dbałam.
Jedni mi bardzo współczują, inni już konsultowali moje życie z egzorcystą. Są tacy, co odprawiają rytuały albo zwyczajnie się modlą. Część byłych przyjaciół nie odzywa się wcale, bo w sumie białaczką nie można się zarazić, ale pechem to i owszem. To ja śpieszę z odpowiedzią. A odpowiedź jest prosta. Choć doktorem jestem tylko od sztuki, to postaram się, jak mogę. Nigdy na sto procent nie dowiem się, dlaczego Zosia zachorowała. To trochę jak wygrać w lotto, tylko odwrotnie...
Naszą "bielutką krew", jak Zosia zwykła nazywać swoją chorobę, zawdzięczamy najpewniej jakiejś mutacji w genach odpowiadających za namnażanie się, wyodrębnianie, dojrzewanie i przeżycie określonych komórek szpiku kostnego. I choć oczywiście istnieją onkogenne czynniki, jak chociażby ekspozycja na benzen, to nigdy nie wystarczy pojedyncza zmiana. Aby powstały komórki nowotworowe – blasty, musi wystąpić nagromadzenie mutacji genetycznych w szpiku kostnym. Ludzkie komórki mają zdolność do naprawiania błędów genetycznych, które zazwyczaj zostają wychwycone przez układ immunologiczny i zniszczone. Problem powstaje, kiedy tak się nie dzieje... Wtedy może rozwinąć się ostra białaczka limfoblastyczna.







