Górnika Zabrze, który w tegorocznych eliminacjach europejskich pucharów nie wygrał jeszcze meczu, ciężko jest ganić. Także po środowej porażce w 3. rundzie eliminacji Ligi Europy ze znacznie wyżej notowanym Ferencvarosem. Ale pozostaje niedosyt.
Po niecałych 25 minutach gry współczynnik oczekiwanych goli Ferencvarosu solidnie przekraczał 1. Ekipa Michala Gasparika właściwie przyglądała się tylko, jak gola z bliskiej odległości mógł zdobyć Gabi Kanichowsky. Jego strzał delikatnie minął słupek. Głównie dlatego, że ostry był kąt uderzenia. Chwilę później Lenny Joseph miał przed sobą pustą bramkę, stał tuż za jej światłem. Ostatecznie uderzył po tej nie dającej szczęścia stronie słupka. Pierwsze 25 minut spotkania w Budapeszcie z jednej strony pokazało, jak daleko Górnik jest od piłkarskiej Europy i przywoływało analogię z wyjazdowego meczu z Fenerbahce. Tam również długimi momentami rywal wicemistrzów Polski robił na boisku, co chciał. Na szczęście jest i druga strona - mecze trwają 90 minut, a Górnik, gdy się już rozpędzi, pokazuje też oblicze bliższe Europie. Po porażce 0:1 trudno Zabrzan mocno krytykować. Wypada raczej z nadzieją czekać na rewanż.
Krótkie są momenty Górnika
Tę bitwę Górnika o Europe trzeba zresztą oceniać w pewnym kontekście. Wicemistrz Polski miał na razie najtrudniejszych rywali z polskich drużyn w 2 i 3 rundzie eliminacji europejskich pucharów. Najpierw 19-krotny mistrz Turcji, z gwiazdami formatu Asensio, Edersona, Skriniara, Semedo, Kante, Guendouziego. Teraz 36-krotny mistrz Węgier. Ten walczy o ósmy z rzędu awans do fazy zasadniczej europejskich pucharów, a grywa tam najczęściej w Lidze Mistrzów albo Lidze Europy, gdzie ostatnio zatrzymała go dopiero Braga w 1/8 finału.








