Po zeszłorocznej transferowej euforii i ogłaszaniu mistrzostwa jako naturalnego celu na 110-lecie klubu, nie ma już w Warszawie śladu. To pokazuje, jak źle poszło wszystko w poprzednim sezonie. Ale nie mówi niczego o szansach na obecny.
Choć okna transferowe to teoretycznie element piłkarskiego cyklu życia, często okazują się zupełnie inną dyscypliną sportu od tej rozgrywanej na boiskach. Zwycięzcy okresów transferowych rzadko wznoszą po ich zakończeniu trofea. Ci, którzy nie popadają w szał zakupów, często, gdy piłka zaczyna się toczyć, nagle rosną w hierarchii. Jak podsumował kiedyś Juergen Klopp, "chyba jestem jedyną osobą w tym kraju, która wierzy w treningi. Inni wierzą w transfery". Oczywiście w ciągu kolejnych lat pracy w Liverpoolu kupił zawodników za miliard funtów i dopiero wtedy odniósł na Anfield epokowe sukcesy, ale wygłoszone zdanie kryje ziarno prawdy. Środowisko ma tendencję, by przypisywać transferom zbyt dużą rolę. A przecież większość, nawet na najwyższym poziomie, i tak się nie sprawdza.
Nie ma w Polsce klubu, w którym rozdźwięk między transferową aktywnością a bezczynnością w okresie międzysezonowym byłby tak widoczny jak w Legii Warszawa. Rok temu stołeczny klub – werbalnie – wracał na szczyt. Wydawał wielkie pieniądze na piłkarzy w sile wieku, niedawnych reprezentantów Polski. W krótkim odstępie trafili na Łazienkowską Kamil Piątkowski i Kacper Urbański, którzy sezon wcześniej grali w Lidze Mistrzów, a na dokładkę jeszcze Damian Szymański, Arkadiusz Reca i cała zgraja sensownie wyglądających obcokrajowców. Efektem była najdłuższa seria bez ligowej wygranej w historii klubu i miejsce w strefie spadkowej po rundzie jesiennej.






