Zamiast rekordowych pensji - cięcie kosztów i ciężka praca. Zamiast buńczucznych zapowiedzi o mistrzostwie - cisza i pokora. Zamiast gwiazd w składzie - trener z twardą ręką. Legia Warszawa pewnie nie zdobędzie mistrzostwa Polski, ale ma nadzieję na lepsze czasy.

Ten sezon już jest dla Legii wyjątkowy. Przynajmniej pod względem zapowiedzi i medialnego szumu. U progu rozpoczynających się w piątek nowych rozgrywek najwięcej mówi się o możliwej hegemonii Lecha Poznań, o ambicjach Górnika Zabrze czy nowym otwarciu Widzewa Łódź i jego majętnego właściciela. O Legii - jak nigdy - w końcu jest dużo ciszej.

Warszawiacy na mistrzostwo Polski czekają od 2021 r., ale dziś nikt publicznie nie pręży muskułów i nie zapowiada odzyskania tytułu. Główny winowajca obecnej sytuacji klubu, właściciel Dariusz Mioduski, oraz jego ludzie nie brylują w mediach i nie opowiadają, że Legii się coś należy. Że jest zbyt wielka, by być piątą lub szóstą siłą Ekstraklasy. Nie jest. W dwóch ostatnich sezonach Legia była co najwyżej przeciętniakiem, który zajmował miejsce adekwatne do osiąganych wyników. Właśnie piąte i szóste.

Legia musi gonić czołówkę

Pycha, błędne przeświadczenie o własnej sile i koszmarne zarządzanie doprowadziło klub do miejsca, w którym jest dzisiaj. Miejsca, z którego musi gonić ligowych rywali, a nie - jak to było jeszcze niedawno - im uciekać. Dziś Legia mocno odczuwa błędy z przeszłości, które odbijają się na jej sytuacji przed startem nowego sezonu.