Dziesięć lat czekania na polską drużynę w Lidze Mistrzów przygnębia i sprawia, że opowieść o rozwoju Ekstraklasy pozostaje niepełna. Ale odpowiednim etapem, by postawić kolejny krok, byłaby Liga Europy. Obecności polskiej drużyny w tych rozgrywkach tym razem trzeba już oczekiwać. Inaczej Liga Konferencji, zamiast cieszyć kolejnymi rankingowymi punktami, zacznie powoli frustrować.

Chociaż klęska Lecha Poznań z Aarhus pozostanie już w historii klubu i w życiorysie każdego piłkarza, który dołożył do niej nogę, wciąż jest jeszcze szansa przekuć dopiero rozpoczęty sezon w europejskich pucharach w sukces nie tylko Lecha, ale i całej polskiej piłki. Dziesięć lat nieobecności w Lidze Mistrzów boli, zwłaszcza wobec ogromu szansy, która została właśnie zmarnowana. Lecz choć europejska elita kusi deszczem pieniędzy i perspektywą przyjazdu największych światowych marek, dobrym, mimo że mniej powabnym miejscem do podnoszenia poziomu polskiej piłki jest także Liga Europy. I warto zauważyć, że tam też niepokojąco dawno nas nie było.

Dopóki przez dwie dekady funkcjonował system z dwoma stopniami europejskich rozgrywek, Puchar UEFA, przemianowany później na Ligę Europy, traktowany był jak puchar pocieszenia. Dowód naszej słabości, niepozwalającej kolejnym mistrzom przebić się do elity. Od sezonu 2021/2022 to się jednak zmieniło. Okrojona o jedną trzecią uczestników (z 48 do 32 drużyn, później poszerzona do 36), stała się znacznie trudniej osiągalna, więc także bardziej prestiżowa. Początkowo nic nie zapowiadało, że polskim klubom będzie coraz trudniej się do niej dostawać, bo w pierwszym roku po reformie w jej fazie grupowej grała Legia Warszawa, a w trzecim Raków Częstochowa. Kolejne dwa sezony, w których ekscytowaliśmy się wyczynami polskich drużyn w Lidze Konferencji, odbywały się już jednak bez obecności polskich drużyn w Lidze Europy.