Nigdy wcześniej polskie kluby nie wysłały na mistrzostwa świata tak wielu zawodników zagranicznych, jak w tym roku. To jednak tylko część prawdy. Bo przy drastycznym wzroście liczby uczestników i poprawie poziomu sportowego Ekstraklasa wciąż wypada pod tym względem gorzej niż ligi, które chciałaby wyprzedzać.

Skoro Polski zabraknie na mundialu, czas wrócić do sportu narodowego z początków XXI wieku, czyli wyszukiwania tzw. polskich wątków. Honduranina, który ma na drugie imię Boniek, czy Kostarykanina z przeszłością w Wiśle Kraków. Tym razem będzie o to łatwiej niż w przeszłości, bo na mistrzostwach świata zagra pięciu zawodników aktualnie występujących w polskich klubach i czterech kolejnych znanych z Ekstraklasy w przeszłości. Nigdy wcześniej polskie drużyny nie wysłały na najważniejszy turniej tak wielu graczy zagranicznych. Ostatni raz liczniej Ekstraklasa była reprezentowana 20 lat temu, ale tylko dlatego, że na mundial w Niemczech Paweł Janas zabrał do polskiej kadry aż siedmiu graczy z polskiej ligi. To kuszące, by rekordową liczbę mundialowych ligowców dopisać jako kolejny dowód wzrostu znaczenia Ekstraklasy. Sprawa nie jest jednak taka prosta.

Należałoby zacząć od tego, czy w ogóle można mówić o rekordzie. Do 2010 roku na mundiale z Ekstraklasy jeździli ewentualnie tylko Polacy. Pierwszymi obcokrajowcami z polskich klubów na mundialu byli w Republice Południowej Afryki Serb Bojan Isailović z Zagłębia Lubin, Słowak Jan Mucha z Legii Warszawa oraz Słoweniec Andraż Kirm z Wisły Kraków. Na dwóch kolejnych mundialach nie było żadnego zagranicznego zawodnika z polskiej ligi, a w Katarze pojawił się tylko Serb Filip Mladenović z Legii. Czesław Michniewicz, ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski, patrzył na krajową ligę na tyle nieprzychylnie, że powołał z niej ledwie trzech piłkarzy. Co oznacza, że nawet mimo braku awansu reprezentacji Polski, Ekstraklasa na najbliższy mundial wyśle więcej przedstawicieli niż cztery lata temu.