Jako największego wygranego ostatnich dwóch dekad w Polsce wskazuje się często największe miasta. Mapa Ekstraklasy zaczęła to odzwierciedlać. Blisko 75 proc. najlepszych polskich klubów funkcjonuje na co dzień w którejś z dwunastu największych metropolii w kraju.
W latach 90. o wielkiej piłce we własnej miejscowości mógł marzyć każdy. Wystarczyło przekonać właściciela lokalnego zakładu, by zabawił się w futbol i już wkrótce była tam Ekstraklasa. A przy odrobinie szczęścia udało się nawet ograć Manchester City w europejskich pucharach. Przedwojenne tradycje, czy sukcesy z czasów PRL przestały mieć znaczenie. Nie liczył się też format miasta. Stadiony w Krakowie i w Warszawie niewiele różniły się od tych na prowincji, a wielu mieszkańców omijało je z daleka, odstraszeni chuligaństwem albo wszechobecną korupcją. Ekstraklasa była małomiasteczkowa, wielkie niegdyś firmy tułały się po niższych ligach, o sukcesy biły się kluby, o których mało kto wcześniej słyszał, a reprezentacja rozgrywała mecze w Bełchatowie i Ostrowcu Świętokrzyskim. Tak wyglądała rzeczywistość ligowa jeszcze u progu wejścia Polski do Unii Europejskiej.
W sezonie 2003/04 liga liczyła 14 drużyn. Połowa z nich funkcjonowała na co dzień w ośrodkach stutysięcznych lub mniejszych. Mistrzostwo Polski rozstrzygało się we Wronkach, Grodzisku Wielkopolski, Łęcznej, Wodzisławiu Śląskim, Polkowicach, czy Nowym Dworze Mazowieckim. 130-tysięczny Płock był już w ludniejszej połowie Ekstraklasy. Rok później tylko pięć z osiemnastu miast wojewódzkich miało przedstawicieli w Ekstraklasie. Startujące rozgrywki, już bez klubu z Niecieczy, za to z dwoma kolejnymi z Krakowa i jednym z Wrocławia, pokazują, jak wielką rewolucję demograficzną przeszła w dwie dekady polska liga.







