Kolarstwo, w którym miał istnieć tylko człowiek, rower i droga, przekroczyło barierę, za którą to już nie sportowiec decyduje, ale skomplikowany algorytm. Kolarz tylko kręci.
Przed wtorkową jazdą indywidualną na czas – 16. etapem Tour de France – publiczność zgromadzona przy starcie w Évian-les-Bains była nieco zdezorientowana, kiedy pracownicy zespołu Netcompany Ineos przepchnęli się przez tłum z tajemniczym ustrojstwem na kółkach, a następnie zainstalowali przy swoim namiocie stanowiska, nieco przypominające fotele u fryzjera. Przed rolkami, na których mieli rozgrzewać się kolarze przed czasówką, zamontowali pojemniki na wodę, jakby fryzjerskie miski, oraz skomplikowanie wyglądające orurowanie. Następnie kolarze usiedli w szeregu i zaczęli pedałować, trzymając ręce po łokcie w tych baliach, jak się później okazało, z lodowatą wodą.
W tym samym czasie w innych zespołach, niektórzy kolarze – można powiedzieć wybrańcy – zakładali kosztowne, dziwaczne rękawice, jakby wzięte z kabaretu z czasów fin-de-siècle. W środku rękawic skomplikowana sieć niby naczynek włosowatych rozprowadzała zimną wodę wokół dłoni.
Oczywiste pytanie brzmi: po co kolarzom do szczęścia zgrabiałe ręce?
Jak się okazuje, faktycznie czują się szczęśliwsi. Dłonie są kapitalnymi chłodnicami w ludzkim organizmie. Oddają, ale i przyjmują ciepło lub zimno lepiej niż inne części ciała, bo krew przepływa blisko skóry. Zimna woda chłodzi krew, schłodzona krew płynie do serca i jest rozprowadzana po organizmie, i obniża głęboką temperaturę całego ciała. W sytuacji, gdy organizm cierpi na przegrzanie z powodu wysiłku i afrykańskiego skwaru we Francji, stopień lub dwa w dół to kolejne ucięte sekundy w potwornym wysiłku













