W nowej Polsce poniemieckie kurhausy, pijalnie i pensjonaty budowane dla wybrańców miały służyć masom. A jednak elity szybko wyparły masy.

Lato 1946 roku. Drugie lato po wojnie. Lipcowe słońce ogrzewa zarosłe trawą leje po bombach, pola gęsto inkrustowane niewybuchami, rozparcelowane majątki ziemskie. W jego promieniach grzeją się jaszczurki zwinki, dla których gruzy zburzonych w czterdziestym piątym domów to jedynie kupa ostrych kamieni. I wychudłe, bezpańskie psy wylegujące się w kurzu gościńców. Na rozminowanych polach krowy żują trawę i próbują nerwowymi uderzeniami ogonów przepędzić grube czarne muchy i gzy. Krowom bez różnicy, czy mucha jest polska, czy niemiecka. I czy trawa rośnie na łące, z której widać sylwetę miasta Breslau, czy nad strumieniem w Sorgowiczach. Ale ludziom nie jest wszystko jedno. Na poniemieckim wszystko jest inne, nieznane i gorsze niż w domu. Ciągle trudno się im przyzwyczaić, że teraz ich dom jest "tu", a "tam" już nie istnieje.

Agata Żelazowska dla Klubu "Wyborczej"

kalendarium

Kultura