Do Chicago, trzeciego największego amerykańskiego miasta, w którym rozpoczynały się mistrzostwa w 1994 r., tym razem mundial nawet nie zajrzał. Kibice mówią o poczuciu FOMO, a były burmistrz Rahm Emanuel - być może przyszły kandydat na prezydenta USA - upiera się, że decyzja o nieubieganiu się o mecze może dla wielu była sensacyjna, ale dla niego była logiczna. Korespondencja Dawida Szymczaka, dziennikarza Sport.pl.

To nie tak, że mundialu nie ma tam w ogóle i za wysokimi wieżowcami można zupełnie zapomnieć o meczach. Bez przesady. W centrum jest miejska strefa kibica z dużym telebimem 360 stopni, a na ulicach wisi sporo plakatów zachęcających do oglądania meczów w kinach. Latynosi dostają nawet osobne zaproszenia i proponuje się im transmisje w języku hiszpańskim. Ale mecze lecą niemal wszędzie - w lobby mojego hotelu piłka zajmuje wszystkie telewizory, podobnie w restauracjach i barach. Wylatuję z Chicago akurat w dniu, w którym grają Stany Zjednoczone i widzę niemal pełne obłożenie w pubach i ludzi kręcących się po ulicach w koszulkach reprezentacji. Da się też dostrzec proporczyki przyczepione do samochodów i flagi w oknach. Szału nie ma, ale da się ten mundial znaleźć. Nie o to toczy się jednak w mieście spór.