Widzę to nawet po sobie samej. Gdy jestem w hotelu z wykupionym pełnym wyżywieniem, zawsze żartuję, że mam dietetyczne wahania nastroju. Na moim talerzu obok siebie lądują jednocześnie produkty słodkie i słone. Przechadzam się po stołówce i kiedy coś przykuje mój wzrok, od razu nakładam sobie do spróbowania. Nieważne, że przed chwilą sięgnęłam po jajecznicę, twarożek, hummus i kawałek łososia, na talerzu na pewno znajdzie się jeszcze miejsce dla kilku pankejków z czekoladą albo tego małego croissanta z marmoladą... O, a tam pani smaży świeże naleśniki. Może też bym zjadła...? Potem pojawia się oczywiście chęć wzięcia dokładki, zwłaszcza gdy hotel serwuje też lokalne produkty, a nie tylko typowe śródziemnomorskie śniadanie, często przeplatane fasolą w sosie pomidorowym, bekonem i smażonymi kiełbaskami, co ma być specjalnym ukłonem w stronę brytyjskich gości.
Zobacz wideo Ile powinniśmy mieć wolnego? Czy urlopy są za krótkie? [SONDA]
Na wakacjach jemy, co chcemy, a potem tyjemy. "Efekt all inclusive"
Wakacyjna dieta grozy, jak na potrzeby tekstu nazwałam sobie to zjawisko, nie jest jednak tylko domeną wyjazdów w opcji all inclusive. Wystarczy zwykły tygodniowy pobyt nad polskim morzem, gdzie latem jak grzyby po deszczu wyrastają jedna po drugiej budki z zapiekankami, lodami, coraz droższymi goframi, frytkami i hot dogami. To wszystko popijamy później gazowanymi napojami, dorośli także piwem lub kolorowymi, słodkimi drinkami. Nie są to tylko moje prywatne obserwacje. Luźniejsze podejście do diety na urlopie potwierdza też raport "Podróże z apetytem, czyli jak Polacy jedzą na wakacjach?", który kilka lat temu przygotowała aplikacja żywieniowa Foodango. Blisko 42 proc. badanych przyznało wprost, że przywiązuje wówczas mniejszą wagę do tego, co jedzą.











