Korek od szampana, który wystrzelił jednemu z kibiców podczas meczu otwarcia Igi Świątek w Wimbledonie, paradoksalnie zwiastował kłopoty Polki. Na szczęście tylko przejściowe. Na oczach potraktowanej po królewsku rodziny, Świątek wygrała z Amerykanką Taylor Townsend 6:1, 2:6, 6:3. I bardzo to zwycięstwo przeżyła, co było widać po zakończeniu meczu - pisze z Londynu korespondentka Sport.pl Agnieszka Niedziałek.
screen TV
- Ledwo przyszedłem, a mecz się skończył – rzucił żartobliwie jeden z polskich dziennikarzy na trybunach, gdy po 23 minutach Iga Świątek prowadziła w pierwszym secie 4:1. Potem razem z innymi obserwował, jak sytuacja w spotkaniu Polki całkowicie się odmieniła. Wydawało się, że mająca na koncie wiele sukcesów deblowych Taylor Townsend niemal sprawiła, że Polka cofnęła się o siedem lat.
Zobacz wideo Chwalińska o najtrudniejszym momencie
Świątek wcześniej już pięć razy grała mecz otwarcia jako obrończyni tytułu wielkoszlemowego. Ale raczej nigdy nie robiła tego na oczach tak licznej publiczności, jak teraz w Londynie. Ta znana jest w środowisku jako znająca się i doceniająca tenis oraz zapełniająca kort centralny nawet przy meczach pierwszej rundy rozgrywanych wczesnym popołudniem. I niekoniecznie stanowiących wielki hit z perspektywy neutralnego fana. W Paryżu i Nowym Jorku nieraz pisze się i mówi w takiej sytuacji o przykrych pustkach. Londyn jest inny. Tyle że ta liczna publiczność była – niestety – we wtorek świadkiem wielkiej zapaści w grze faworytki.






