Szkoci w Miami bawią się tak, jakby to oni mieli na co dzień Copacabanę pod nogami i karnawał w sercu. Ale kto miał zadbać o atmosferę na mundialu, jeśli nie oni, najlepsi kibice Euro 1992 i mistrzostw w 1998, którzy z kibicowania już dawno zrobili oddzielną dyscyplinę sportu?
Wesoło jest już na lotnisku – wystarczy głośnik, "Yes Sir, I can Boogie" i kilku Szkotów ze świeżymi siłami, którzy właśnie nadciągają do Miami. Tańczą przed bramkami, a Amerykanie przyglądają im się z ciekawością. Podchodzą do nich nieco niepewnie, ale z uśmiechami. "No Scotland, no party" – śpiewają na cały głos. Zagaduję. W Atlancie mają przesiadkę. W Bostonie, gdzie ich koledzy imprezowali przez tydzień, nie byli. Dołączają teraz, ze świeżymi siłami. Trochę jak rezerwowi w meczu – mają wpaść na końcówkę i zrobić robotę.
Szkoci od dawna traktują kibicowanie jak oddzielną dyscyplinę, oderwaną od wyników ich reprezentacji. Ta nigdy nie wyszła na mistrzostwach świata poza fazę grupową. Ba, nie było jej mundialach od 1998 r., gdy jej kibice zaczęli we Francji pisać swoją legendę. Nawet na Euro nigdy nie udało się Szkocji awansować do fazy pucharowej. Kibice już się więc przyzwyczaili, że ich wypady na turnieje są krótkie. Dają więc z siebie wszystko i wracają do domów.






