Profesura belwederska jest jednym z ostatnich prawdziwych rytuałów polskiej nauki. Właśnie dlatego powinna być również ostatnim miejscem, w którym o nauce decyduje polityk.

Trzy miesiące temu złożyłem rozprawę doktorską. Znajduję się przez to w dość specyficznym momencie kariery naukowej - nie jestem już doktorantem, ale nie jestem jeszcze doktorem. Sprzyja to myśleniu o tym, co dalej. Stoję na samym początku długiej i niepewnej drogi, której zwieńczeniem ma być - przynajmniej na polskim podwórku - tytuł profesora.

W porównaniu z wcześniejszymi szczeblami kariery naukowej - doktoratem i habilitacją - tytuł ten nie jest w pełni zależny od dorobku oraz oceny środowiska naukowego. Droga do profesury belwederskiej jest naukowa tylko do pewnego momentu: kandydat składa wniosek do Rady Doskonałości Naukowej, jego dorobek poddawany jest recenzji naukowców i naukowczyń, a na podstawie tych recenzji Rada występuje ze swoim wnioskiem o nadanie tytułu, po czym akta wędrują do Pałacu Prezydenckiego. Nominacje profesorskie podpisuje prezydent RP. Co najważniejsze, nie ma terminu, w którym musi nastąpić złożenie podpisu na nominacji.

skrót wydarzeń czwartku

kalendarium