Dawniej mundiale oglądało się, by poznać przyszłe gwiazdy, dziś stały się znakomitą areną, by jeszcze raz podziwiać idoli z przeszłości. To także cenna lekcja dla polskiego futbolu, że nawet wiekowa legenda grająca poza Europą wciąż może stanowić wartość dodaną dla kadry narodowej.
Gwiazdy były dotąd jedynym sposobem, by w teraźniejszości widzieć przeszłość. Ich światło, widziane z Ziemi, opuściło je przecież przed milionami lat. Trwający mundial stał się kolejnym sposobem, by za sprawą gwiazd zobaczyć, co było kiedyś. Dawni piłkarscy bohaterowie, którzy wypadli już z orbity zainteresowań europejskich kibiców i zaczęli należeć do czasów minionych, podczas turnieju w Ameryce Północnej wracają do kategorii teraźniejszości. W tym, że Argentyna wygrała 3:0 z Algierią, najdziwniejszy nie był hat-trick Leo Messiego, lecz odkrycie, że najlepszy piłkarz w historii futbolu i mistrz świata z 2026 roku wciąż jest bardzo dobry.
Futbol klubowy cierpi na europocentryzm. Dekady temu istniały jeszcze powody, by sądzić, że gdzieś w odległych krainach funkcjonują kluby nie gorsze od tutejszych. Wynik Pucharu Interkontynentalnego był niewiadomą, bo nawet barceloński Dream Team Johana Cruyffa mógł się czasem okazać gorszy od FC Sao Paulo. Dziś takie rzeczy się już nie zdarzają. Najlepsi piłkarze z całego świata błyskawicznie trafiają na radary europejskich klubów, których przewaga finansowa nie pozwala już nawet południowoamerykańskim gigantom zatrzymywać najlepszych u siebie chociaż na chwilę. Futbol klubowy na innych kontynentach wciąż istnieje jedynie jako piłkarska emerytura. Kto wyjeżdża z Europy, wypisuje się ze sportowej rywalizacji na najwyższym poziomie.









