Obywatela Rzymu zabijano mieczem albo toporem. Wyznawca Chrystusa jednak nim nie był.

Burrus przyglądał się, jak Piotr łamie chleb i rozdaje najbliżej stojącym, wypowiadając słowa, które znali na pamięć:

– Oto ciało…

W izbie panował straszliwy ścisk, bo wepchnęło się do niej czterdzieści osób z okładem. W niewielkiej piekarni nad ich głowami wypiekano bochenki dla okolicznych mieszkańców i od pieców bił taki żar, że Burrus pocił się mimo nocnego chłodu.

Pretorianin miał zwyczaj przychodzić na te zgromadzenia, gdy usłyszał, że być może będzie przemawiał Piotr. Po części przyciągała go niezłomna wiara i pewność tego człowieka – Piotr twierdził, że poznał Syna Bożego, sięgając do swych wspomnień. A ponadto był prostym rybakiem. Burrus łowił swego czasu ryby i jeździł konno, ale nie miał drygu do żadnego z tych zajęć. Walczył o swoje życie i odbierał życie innym. Piotr jednak był kimś, kogo Burrus chciał naśladować. Na razie tylko w wyobraźni owijał miecz i tarczę w pretoriański płaszcz i zostawiał to wszystko za sobą, by pójść za tym, którego nazywali Jezusem. Opowieści, które Piotr przytaczał przez te lata, były dla Burrusa niczym deszcz padający na wyschłą glebę. Aby zaznać prawdziwego wybaczenia, musiałby uznać tę władzę, przyjąć boga, który był człowiekiem i oddał życie za grzechy innych. Bywały takie chwile, kiedy Burrus już prawie widział te nadrzędne prawdy, kiedy mu się wydawało, że mógłby wyciągnąć rękę i zaznać spokoju. Potem to wszystko mu się wyślizgiwało, pozostawiając go znowu w obolałym ciele, z okaleczoną dłonią, ze wszystkimi bliznami i gorzkimi wspomnieniami. A przecież było mu lżej.