Koniec z jechaniem na słodyczach do późnego popołudnia, żeby wcześniej skończyć i nie robić dorosłym kłopotu. Trzeba wprowadzić godzinną przerwę na obiad, podczas której wszyscy jedzą razem. I to samo.

Autorka jest publicystką i tłumaczką, mieszka w Paryżu. Wyborcza to Wy. Piszcie: listy@wyborcza.pl

W latach 90. w mojej prowincjonalnej stołówce obowiązywał system karteczek: przy wejściu pobierało się imienny kartonik z dniami miesiąca, który następnie wrzucało się do pudełka przy wydawce. Tak zwane biedne dzieci miały na kartoniku czerwoną kropkę, która informowała wszem i wobec, że posiłki opłaca im opieka społeczna. Pani intendentce pomagało to w rozliczeniach, więc nie przejmowała się, że „szkarłatna litera" to ewidentne piętno.

Teoretycznie nie ma nic wstydliwego w tym, że człowiek, a już zwłaszcza mały, musi korzystać z pomocy. Kapitalizm i amerykańskie filmy przekonują nas co prawda, że bieda to bezpośrednia konsekwencja lenistwa i nieudacznictwa, ale przecież nikt chyba nie wierzy, że naprawdę jest kowalem własnego losu. Wystarczy nie odziedziczyć kuźni, urodzić się w złym miejscu albo zwyczajnie mieć pecha. Tak jak nie każda osoba otyła jest zwykłym żarłokiem, trudności finansowe nie świadczą o gnuśności i pasożytnictwie.