Kibicowanie słabszym na mundialu to nie fanaberia, to moralny obowiązek. Przynajmniej dla mnie. Całe szczęście, że piłka nożna w całym swoim nastawieniu, by bogatych czynić jeszcze bogatszymi, zachowała to jedno miejsce, w którym kopciuszek może spełniać swoje sny - pisze Michał Kiedrowski ze Sport.pl.
Wstydziłem się powiedzieć rodzicom, dlaczego płaczę. W końcu jednak musiałem to wyznać: z powodu Julio Césara Arzú. To nazwisko niewielu kibicom coś powie. Kto by pamiętał bramkarza Hondurasu sprzed lat, który żadnej wielkiej kariery nie zrobił. W moim sercu zapisał się jednak na zawsze. Dzięki niemu przeżywałem niezwykłe emocje, gdy podczas mundialu w 1982 roku w Hiszpanii Honduras nie tylko zremisował z gospodarzami, ale też nie dał się pokonać Irlandii Północnej, która na tamtym mundialu miała chyba najsilniejszą drużynę w swojej historii. Oczywiście bohaterem tych meczów był Arzú, którego Hiszpanie pokonali dopiero, gdy dostali od sędziego rzut karny. To była jednak tylko bramka na 1:1. Z Irlandią Północną było na odwrót. To Honduras sensacyjnie wyrównał w 60. minucie.






