- I jak tam na tym mundialu? - pytają mnie znajomi i rodzina, nie chcąc w ogóle słuchać o meczach czy atmosferze wokół, ale dowiedzieć się, jak jest na co dzień, gdy teoretycznie nic się nie dzieje. Jak było w Meksyku i jak jest w Stanach Zjednoczonych, które lada moment będą miały ten turniej na własność? To tekst dla nich i wszystkich zainteresowanych "bokami" mistrzostw świata - pisze z USA Dawid Szymczak, korespondent Sport.pl.
Los Angeles? Jak ze snu pedanta, choć znienacka atakuje kontrastami. Houston? Tam wszystko jest największe, więc nawet Uber przyjeżdża pick’upem. Na lotnisku w Atlancie dwa razy każą sprawdzić, czy nie ma się przy sobie pistoletu, bo od kontroli bezpieczeństwa broni już mieć nie można. A wcześniej? Proszę bardzo. W Miami można by od tego zgiełku odetchnąć, ale oddychać akurat nie ma czym, bo na termometrach ponad trzydzieści, a wilgotności aż 80 proc. Ale to tam trwa najlepsza impreza mundialu, z Brazylijczykami i Szkotami w rolach głównych. W Chicago, gdzie mundialu nie ma, ale na horyzoncie jest Lewandowski, starszy facet pokazuje mi oznaczenia toalet i z poważną miną stwierdza: "Dlatego właśnie wygrał Trump". Boston stoi w korkach, w Nowym Jorku mundial się zgubił, a w Filadelfii znaleźli się Polacy, którzy kupili bilety na najgorszy mecz fazy grupowej. Mundial w Stanach Zjednoczonych jest barwny, jedne stereotypy potwierdza, z innymi się rozprawia. Ale najpierw wszyscy i tak pytają o Meksyk - o kartele, porwania i cały ten przestępczy świat pokazywany w narkoserialach. Zatem: nie, nic się nie wydarzyło. Chociaż miałem jedną nieprzyjemną przejażdżkę.






