Anglicy, jak przy okazji każdego wielkiego turnieju, znów śpiewają, że "futbol wróci do domu". Choć tym razem już nie tak donośnie jak w ostatnich latach. Mimo że drużyna Thomasa Tuchela wciąż jest pełna gwiazd, nawet Anglicy zastanawiają się, czy pozostaje wystarczająco mocna, by powalczyć o tytuł. I jedzie na mundial z trenerem, którego naród witał chłodno jak nigdy.
Nikt nigdy nie pompował balonika mocniej i szybciej od Anglików. Nikt też nie przebijał go równie szybko i głośno jak oni. Na każdy turniej jechali jako faworyci – przynajmniej według własnego mniemania. Z prawie każdego wracali wśród największych przegranych. Niemal co dwa lata, po każdej dużej imprezie, dyskutowali o przyszłości selekcjonera. Fakt, że poprzedni – Gareth Southgate – wytrzymał na stanowisku aż osiem lat, zakrawało na cud.
Ale nie dlatego, że nie miał wyników. Wręcz przeciwnie – za jego kadencji Anglicy zrobili więcej niż przez wiele wcześniejszych lat razem wziętych. Ze 102 meczów kadencji Southgate'a Anglia przegrała tylko 17. Problem w tym, że większość z nich miała wielką stawkę: półfinał i mecz o brąz na mundialu w Rosji, finały dwóch ostatnich mistrzostw Europy. Szczególnie bolesny był ten pierwszy finał, pięć lat temu. Przegrany u siebie, na Wembley. Po serii rzutów karnych z Włochami, mimo że Anglicy prowadzili już od 2. minuty, po golu Luke'a Shawa. W ostatnich latach Southgate i jego drużyna byli trochę jak Adaś Miauczyński. Wiecznie drudzy.








