Piątek po południu, przed nami weekendowy wyjazd na drugi koniec kraju. Kiedy podchodzę do auta z kluczykiem, Mazda6e wita mnie zgodnie z japońskim rytuałem gościnności omotenashi - klamki wysuwają się automatycznie, a fotel kierowcy cofa się o 10 centymetrów, zapraszając do środka. Wsiadam do wnętrza zaprojektowanego w duchu estetyki MA, gdzie celowa oszczędność form i wolna przestrzeń od razu wprowadzają psychologiczny spokój przed trasą. Auto rusza naładowane do pełna. Standardowa bateria o pojemności 68,8 kWh pozwala na pokonanie 479 kilometrów według normy WLTP. Przy dzisiejszej gęstości ładowarek to zasięg, w którym "range anxiety" zostaje na podjeździe, a my po prostu cieszymy się wyjazdem.

Mazda6e

(Fot. Mazda)

Pierwsze, co zwraca uwagę po wyjechaniu z miasta, to cisza. Brak silnika spalinowego sprawia, że do kabiny nie przedostaje się typowy szum, a Mazda dodatkowo mocno popracowała nad wyciszeniem. Prowadzi się ją lekko i przewidywalnie, zgodnie z firmową filozofią marki Jinba-Ittai, czyli poczuciem jedności kierowcy z samochodem. Auto reaguje tak, jak człowiek się tego spodziewa, bez zaskoczeń. Nie muszę odrywać wzroku od drogi, by zarządzać komfortem. Aby obniżyć temperaturę czy zasłonić roletę panoramicznego dachu, wystarczy krótka komenda "Hey Mazda". Zaawansowany system, wspierany przez cztery wbudowane mikrofony, bezbłędnie wyłapuje moje polecenia