- Maja! Maja! Maja! – krzyczeli kibice na Court Philippe Chatrier tuż przed rozpoczęciem meczu. - Dawaj, Maja! – ten okrzyk powtarzał się między każdym punktem pierwszego gema. Słuchając pokrzykujących z trybun Polaków można było odnieść wrażenie, że są bardziej podenerwowani niż Maja Chwalińska. Nasza tenisistka słysząc i rodaków, i bębniący o dach deszcz, po siedmiu minutach wyszła na prowadzenie 1:0. - Tak trzymaj, Maja! – życzył czy radził jakiś mężczyzna. W każdym razie jak Maja złapała, tak trzyma i chyba tego nie wypuści!

Zobacz wideo 14-letnia Maja Chwalińska o tenisowych marzeniach

Na półfinale Rolanda Garrosa z udziałem Chwalińskiej Polaków było wyjątkowo dużo. Dlaczego? Czy nagle zdołali kupić bilety i naprędce zorganizować sobie wyjazd? Część tak. Ale większość z dużym wyprzedzeniem zarezerwowała bilety na końcówkę Rolanda Garrosa, licząc, że o kolejny tytuł w Paryżu będzie walczyła Iga Świątek.

Na półfinale Chwalińskiej jak na boksie

W Boże Ciało od wczesnego popołudnia ludzie z naszego kraju licznie zdążali w kierunku Stade Roland Garros, a telewizyjni reporterzy zapraszali ich przed kamery swoich stacji. Przysłuchując się chwilę jednej z takich rozmów, usłyszeliśmy właśnie to, co absolutnie nie zaskakuje: ludzie przyzwyczajeni do tego, że Świątek od kilku lat bryluje na paryskiej mączce, dawno temu w ciemno kupili bilety na długi weekend. Liczyli, że tu i teraz zobaczą czterokrotną mistrzynię French Open w walce o piąty tytuł. A że sensacyjnie aż do półfinału dotarła jeszcze wciąż tylko 114. w światowym rankingu Chwalińska? Cóż, to fantastycznie! Nikt nie narzeka, wszyscy się świetnie bawią!