New York Knicks przed niemal dwie dekady byli klubem-memem. Fatalnie zarządzanym i przepalającym miliony dolarów na nieudolnych działaczy, trenerów i koszykarzy. Ale dziś kibice z Nowego Jorku już o tym nie pamiętają, bo i po co? Klub Jeremy'ego Sochana zagra w finale NBA. Trwa więc szaleństwo, jakiego nie było od lat. Nawet Donald Trump próbuje coś na nim ugrać.

– Do czego byłbyś skłonny, byleby Knicks zdobyli mistrzostwo NBA? – pyta reporter jednego z fanów ekipy z Nowego Jorku. - Cokolwiek, o co poprosisz! – odpowiada kibic. Przed Madison Square Garden trwa dzika – naprawdę dzika – impreza po jednym ze zwycięstw z finale konferencji z Cleveland Cavaliers.

Kibic w koszulce Jalena Brunsona, nowego boga Nowego Jorku, odpowiada z nieco udawanymi łzami w oczach. – Mam ukraść jakieś auto? Nie ma problemu. Oddać swoje dziecko? Zdradzić dziewczynę? Zrobię wszystko! – wykrzykuje kolejne pomysły, a wokół kibice fetują jego poświęcenie. Byleby Knicks w końcu byli dobrzy.