Podczas gdy dorośli szukają w sztuce definicji i wyższych sensów, dzieci widzą w niej po prostu czyste lustro własnej wyobraźni. Obcują z twórczością na co dzień – wchodzą w nią naturalnie, bez dystansu i bez potrzeby jej objaśniania. Zanim nauczą się mówić, intuicyjnie rozpoznają kształty, a zanim postawią pierwszą literę, w myślach malują już całe światy. Dorośli mają tendencję do analizowania i rozkładania dzieła na czynniki pierwsze. Dla dzieci sztuka jest przede wszystkim przeżyciem – zmysłowym, prostym, często też zabawnym. Najmłodsi nie znają jeszcze sztywnych schematów tego, jak „powinien" wyglądać świat. Tam, gdzie dorosły widzi jedynie abstrakcyjną, czarną kreskę, dziecko potrafi zobaczyć historię, emocję albo postać.I właśnie o tych kreskach – choć niekoniecznie czarnych, a zachwycająco kolorowych – rozmawiałam z Olą Niepsuj, ilustratorką, która stworzyła oprawę graficzną do wyjątkowej książki Katarzyny Witt „Po co nam sztuka", wydanej przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Dzieci nie pytają, czy sztuka jest ładna. Są bezlitośnie szczereDzieci dostrzegają w sztuce nieskończone możliwości i alternatywne ścieżki. Jeśli obraz im się podoba, potrafią stać przed nim z otwartą buzią; jeśli je nudzi – idą dalej. Ta szczerość sprawia, że młodzi odbiorcy potrafią wyłapać z dzieła sztuki najbardziej pierwotne, ludzkie emocje, ale też są wobec sztuki najbardziej bezlitosne. A więc jaka powinna być sztuka dla dzieci? Ola Niepsuj zauważa, że wcale nie musi być „ładna". Wbrew powszechnemu przekonaniu najmłodsi nie interesują się wyłącznie estetycznymi rzeczami. Owszem, lubią zwierzątka czy słodkie motywy i często nawiązują z nimi emocjonalną relację, ale ogromne sukcesy odnoszą też książki o bakteriach, strupach czy wnętrznościach – rzeczach, które dorosłym wydają się brzydkie.Myślę, że dzieci nie postrzegają świata w kategorii «ładne–brzydkie», tylko «ciekawe–nieciekawe»– mówi Ola.Twórczość dzieci od zawsze była dla niej ogromnym źródłem inspiracji. Podoba jej się, jak dorośli artyści czerpią z naiwności i szczerości dziecięcej twórczości. Ilustrowana przez nią książka nie utrudnia kontaktu dziecka ze sztuką – przeciwnie, zdejmuje z niego społeczne naleciałości i pokazuje, że sztuka nie musi być trudna. Uczy raczej zadawania pytań niż szukania gotowych odpowiedzi.Ile dzieci, tyle pytań dotyczących jednego dzieła. Dlatego zarówno w warstwie ilustracyjnej, jak i tekstowej ta książka jest bardzo egalitarna. Myślę, że to nie dotyczy wyłącznie młodych czytelników, ale wszystkich odbiorców mierzących się ze sztuką nowoczesną– opowiada.Dziecko patrzy inaczej. Czy dorosły na pewno jest najlepszym przewodnikiem po sztuce?Wokół edukacji kulturalnej najmłodszych narosło mnóstwo mitów. Kiedy myślimy o dziecku w galerii, przed oczami staje nam często obraz dorosłego, który wciela się w rolę wszechwiedzącego przewodnika – idzie przodem, wskazuje palcem na płótno i ekspercko tłumaczy. Taką funkcję dydaktyczną może na swoich stronach zawierać książka. Tyle że w relacji małego człowieka ze sztuką pojawia się fundamentalne pytanie: czy dorosły – jako autor – powinien w ogóle być przewodnikiem po tym świecie? A jeśli tak, to na czym ta rola właściwie polega? Gdy rozmawiam o tym z Olą jako ilustratorką, przyznaje ona, że nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony wolność interpretacji, którą mają dzieci, rozszerza sztukę na nowe pola i kieruje ją w nowe rewiry. Brak wiedzy często utrudnia dorosłym interpretację sztuki. Nie znamy kontekstu historycznego, nie wiemy, w jakich czasach dzieło powstało – czy był to okres konfliktu, kryzysu czy szczęścia. Nie mamy wiedzy, czy artysta mierzył się z problemami, czy tworzył w euforii. To przekonanie, które często wynosimy ze szkoły – że istnieje jedna słuszna interpretacja.