Zrobiłam eksperyment na własnym dziecku. Rozłożyłam na stole dziesięć książek i zaproponowałam, żeby mój syn sam wybrał, od której zaczniemy.
Poszperał, pogmerał i wybrał wielką książkę z kolorowymi postaciami na okładce. – Mamo, a jaki ma tytuł? – zapytał, uświadamiając mi, że w każdym wieku wybieramy książki "po okładce".
– "Historia kobiet"! – krzyknęłam w emocjach, bo moje feministyczne serduszko zabiło z dumy. Tadek mocno się zdziwił i zadał jedno z tych fundamentalnych pytań, które zmiatają mnie na moment z rodzicielskiej planszy: – Dlaczego kobiet, a nie po prostu ludzi?
Postanowiłam nie tłumaczyć mu, że historia, o której uczymy się w szkole, to historia mężczyzn. Albo że w jego paszporcie na każdej stronie jest jakiś mężczyzna. I że właśnie dlatego tak ważne są "herstorie" i książka, którą trzymałam w ręce. Rzuciłam tylko: – A wiesz, że faraonami były też kobiety, miały świetne imiona Nefretete i Kleopatra!
kultura










