Elina Switolina pokonała w Rzymie Igę Świątek, Coco Gauff oraz Jelenę Rybakinę, sięgnęła po największy tytuł w karierze. Ukrainka wyrosła na zaskakującą faworytkę tuż przed startem Roland Garros. Jej sukces jest tym większy, że wróciła do tenisa jako matka, gra nie tylko dla siebie, ale i dla rodaków, co podkreśla za każdym razem. - Mogę z całą pewnością powiedzieć, że w Ukrainie Switolina stoi na równi z najlepszymi sportowcami, takimi jak Usyk, Szewczenko czy bracia Kliczko, to bohaterowie narodowi - mówi nam jeden z ukraińskich dziennikarzy.

Kilka dni temu Elina Switolina została mistrzynią turnieju WTA 1000 w Rzymie. W zaciętym finale pokonała zeszłoroczną triumfatorkę Roland Garros, Coco Gauff 6:4, 6:7(3), 6:2. Trzy godziny bez ośmiu minut - dokładnie tyle trwał ten wyniszczający fizycznie i psychicznie spektakl. Spektakl, który pokazał, że 31-letnia Ukrainka, wracająca do czołówki po przerwie macierzyńskiej, być może osiągnęła właśnie życiową formę.

To trzeci tytuł Switoliny na kortach Foro Italico, ale tegoroczny sukces robi największe wrażenie. W finale pokonała czwartą na świecie Gauff, w półfinale trzecią Igę Świątek, a w ćwierćfinale wiceliderkę rankingu Jelenę Rybakinę. Trzy zwycięstwa nad rywalkami z top 10 rankingu WTA, z czego każde po trzysetowej, tytanicznej walce. Oglądając jej mecze w Rzymie na żywo, trudno było mi wyjść z podziwu. Podobne uczucie towarzyszy, gdy pozna się jej drogę ku największemu sukcesowi w karierze.