"Marek był świetlisty. Ludzie grzali się przy nim jak przy słońcu. Ciągnęły do niego chmary nieudaczników i półudaczników. Kaleki, starcy, niedoszłe samobójczynie, starzejące się kobiety, homoseksualiści, weterani i rozwódki, Żydzi poprzebierani za Niemców, byli filmowcy, bokserzy na emeryturze itp. Marek nie trzymał się z nimi z litości. On wysysał z nich historyjki, uczył się, był perypatetykiem. Zresztą rzucał ich zawsze, zwalając winę na tego drugiego. Sam nigdy nikogo z nich nie kochał. Jeżeli się kochał, to w ludziach zdrowych, pięknych i normalnych. Poza tym kochał swoje bajkowe mniemanie o świecie-wdowcu. Wielkim wdowcu rozpaczającym po utracie takich cnot, jak wierność, honor, przyjaźń, prawdomówność itp. Czegokolwiek się Marek tknął, to zaraz się to infantylizowało: biblia zamieniała się w komiks, powieść w film, film w anegdotę. Ale Marek był porywający. Nieprzytomna miłość licealistów do niego dziś jest moim zdaniem ważna. […] Jest w tym egzaltacja i wdzięk młodości, egzaltacja, za którą na starość tęsknimy" – pisze Agnieszka Osiecka.

Marek Hłasko nazywany jest "głosem pokolenia", a zarazem enfant terrible polskiej literatury. To samorodny talent. Ma znakomity słuch do języka ulicy i niepodrabialny styl. Czytelników frapują jego dosadne metafory, szorstkie frazy i kryjący się pod nimi zadziwiający romantyzm. Zanim stanie się najgorętszym debiutantem w polskim świecie literackim, pracuje jako kierowca ciężarówki.