Gdy tylko kierowca otworzył drzwi, chmara ludzi rzuciła się, byleby zająć miejsca siedzące. Zanim zdaliśmy sobie z tego sprawę, byliśmy dalej aniżeli bliżej początku kolejki.
Z pociągu wylała się masa jednostek ludzkich. Znaczna ich część od razu ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Niemiłosiernie parzące słońce dokładało się do zmęczenia, jednak najsilniej zawadzały nam kilkukilogramowe plecaki, które obciążały nasze barki. Oddaliśmy klucze do pokoju godzinę temu, ale jako że do samolotu powrotnego zostało dobre pół dnia, wybraliśmy się do Jardin Exotique w Eze.
Wreszcie podjechał mały autobus. Był dwudrzwiowy, ale wsiąść do niego można było tylko przednim wejściem. Sam autobus był pusty, z wyjątkiem starszego mężczyzny w berecie, który wciśnięty w róg pojazdu z delikatnym uśmiechem obserwował zmęczony tłum. Gdy tylko kierowca otworzył drzwi, chmara ludzi rzuciła się, byleby zająć miejsca siedzące. Zanim zdaliśmy sobie z tego sprawę, byliśmy dalej aniżeli bliżej początku kolejki. Wsiedliśmy w końcu i my, i stojąc pośród nieznajomych, czekaliśmy na odjazd. Po zamknięciu drzwi okazało się jednak, że było nas więcej niż autobus mógł pomieścić – nawet licząc miejsca stojące. Część oczekujących została na przystanku.










