To był koncert siatkarzy Sir Sicoma Monimi Perugii, a - z perspektywy Aluronu CMC Warty Zawiercie - jazda walcem. W finale Ligi Mistrzów nie pomogły ani próby "zagotowania" przez mistrzów Polski jednej z gwiazd rywali, ani taktyczne zagranie trenera Michała Winiarskiego. Drużyna Kamila Semeniuka zwycięstwem 3:0 potwierdziła, że jest obecnie najlepszym zespołem świata - pisze z Turynu Agnieszka Niedziałek, korespondentka Sport.pl.

Filippo Rubin / PressFocus

Przed drugim i trzecim setem niedzielnego finału Ligi Mistrzów siatkarze Aluronu CMC Warty Zawiercie stali długo we własnym kręgu i wspierająco poklepywali się po plecach. Jakby próbowali sobie dodać otuchy. Ale różnica poziomu między nimi i Sir Sicoma Monimi Perugii była tak ogromna, że nikt nie miał złudzeń. I dlatego po ostatniej piłce zawodnicy Michała Winiarskiego na spokojnie podziękowali sobie i rywalom za mecz, czekając na ceremonię medalową.

Zobacz wideo Sport.pl PLUS

Marzeniem polskich kibiców przed rozpoczęciem niedzielnych meczów Ligi Mistrzów w Turynie było pierwsze w historii złoto zespołu z Zawiercia i historyczny brąz PGE Projektu Warszawa. W obu przypadkach misja zakończyła się niepowodzeniem. Ale o ile stołeczna ekipa musiała przełknąć gorzką pigułkę, bo przegrała z faworyzowanym Ziraatem Bankasi Ankara 2:3 i przy kontrowersyjnych decyzjach sędzi w tie-breaku, tak finał był teatrem jednego aktora.