Nie pomogła ani ofiarność Kevina Tillie, który przy próbie ratowania piłki raz niemal wybiegł z hali, ani wsparcie z trybun Bartosza Bednorza. Siatkarze PGE Projektu Warszawa nie mieli wiele do powiedzenia w półfinale Ligi Mistrzów z Sir Safety Perugią i przegrali 0:3. Ale to nie ich gra była głównym powodem przykrego widoku w Turynie - pisze z Turynu Agnieszka Niedziałek, korespondentka Sport.pl.
Różnica w dotychczasowych osiągnięciach na arenie międzynarodowej między Projektem Warszawa i Sir Safety Perugią jest tak duża, że w środowisku siatkarskim mówiono wprost – zwycięstwo polskiego klubu w półfinale Ligi Mistrzów między tymi zespołami byłoby ogromną sensacją. Cudu w Turynie nie było. A głównym katem stołecznego zespołu, który debiutował w Final Four tych rozgrywek, okazał się niedoszły reprezentant Polski.
Zobacz wideo Damian Wojtaszek ocenia rywali w final four Ligi Mistrzów: Każdy z nas potrafi grać w siatkówkę
Przykry widok jeszcze przed meczem
Ledwo zaczął się pierwszy set, a na dziennikarzy siedzących na trybunie prasowej w Turynie podczas pojedynku Projektu i Perugii spadło mnóstwo kolorowych serpentyn. Aż do początku drugiej partii uwijała się tam z tego powodu ekipa sprzątająca, która zasłaniała nieco parkiet. Ale nie była w stanie zasłonić mocno przerzedzonych początkowo trybun.









