Fakt, że Jacek Zieliński, najstarszy trener w lidze, może nagle budować skład złożony z wyróżniających się w Ekstraklasie piłkarzy, jest nagrodą za to, że miał odwagę ubrudzić sobie ręce. Pracę w Kielcach zaczynał bowiem w momencie, w którym Koronę mógł objąć tylko desperat - pisze Michał Trela w cyklu "Stanowisko komentatorskie".

Podczas mojej niedawnej rozmowy z Tomaszem Kaczmarkiem, wychowanym w Niemczech trenerem Radomiaka, wypłynął temat specyficznego gatunku trenera-strażaka. Specjaliści od spraw beznadziejnych funkcjonują na większości rynków i często są weteranami zawodu. Sporą część roku spędzają, przycinając żywopłot, a gdy ktoś wpadnie w tarapaty, w końcówce sezonu ratują go przed spadkiem i wracają do prac ogrodowych. 79-letni Roy Hodgson jeszcze w tym roku prowadził w ten sposób Bristol City. Friedhelm Funkel, również będący po 70, przed rokiem pieczętował awans FC Koeln do Bundesligi. Gdy Kaczmarek spytał, czy w Polsce też jest ktoś taki, zapadła cisza. W końcu ktoś rzucił nazwisko Jacka Zielińskiego, który dopiero w tym roku skończył 65 lat i w wielu krajach nie miałby jeszcze prawa do państwowej emerytury. U nas jednak za nestora myśli szkoleniowej uchodzi już od paru lat.