Problemy Rakowa są problemami Rakowa, ale nie całej polskiej piłki. Ta, po eliminacyjnym lecie, ma się całkiem nieźle. Nie tak znakomicie, jak mogła w maksymalnie optymistycznym wariancie. Ale jednak na tyle dobrze, by być umiarkowanie zadowolonym.

Częstym problemem w analizowaniu polskich występów w europejskich pucharach jest wyciąganie systemowych wniosków z jednostkowych przypadków. Dlatego sytuacja, w jakiej znalazły się ekstraklasowe kluby po zakończeniu letnich eliminacji, to prosty test rozróżniający optymistów od pesymistów. Mimo że polska liga wysłała do Europy więcej drużyn niż przed rokiem, wprowadziła ich do faz zasadniczych dwa razy mniej. Za to po raz pierwszy od jedenastu lat ma drużyny w bardziej prestiżowym z pucharów, do którego w ostatnich latach nie dochodziła nawet jedna. Tu nie będzie jednego wspólnego wniosku. Najwyższy czas uznać, że choć wszyscy pucharowicze reprezentują polski futbol, nie wszystkich można wrzucić do jednego worka.

Miarodajne są tylko długotrwałe tendencje. Można więc kategorycznie uznać, że skoro Ekstraklasa po raz dziesiąty z rzędu nie wprowadziła zespołu do Ligi Mistrzów, wciąż nie dorobiła się nikogo jej godnego. Czego nie można mylić z poziomem ligi. Norwegowie kluby w elicie mają dwa, co nie znaczy, że mają silniejszą ligę. To powrót do starej dyskusji, czy lepiej mieć wyrównaną ligę bez koni pociągowych, czy przewidywalną, ale z ponadprzeciętnymi ekipami. W kontekście szans na grę w Lidze Mistrzów lepiej mieć silne lokomotywy. Na co dzień jednak lepiej mieć wyrównaną ligę.