To moje serduszka, dzieci najukochańsze - mówi Eugeniusz S., wychodząc z niewielkiego domu. Nie ma ganku, nie ma schodków - już nie dziwi, że maleńkie dziecko mogło wyraczkować samo na podwórko. Tu stało się to dwa razy. I dwa razy ojciec przejechał po synach autem. Policja zatrzymała jego partnerkę.
Ogromna terenówka do dziś stoi na podwórku w Boćkach, niedaleko Siemiatycz w województwie podlaskim. Smutne to podwórko. Oddalone od reszty zabudowań. Aby tu dojechać, z asfaltowej ulicy trzeba skręcić w piaszczystą drogę. Po kilkudziesięciu metrach - metalowa brama z wywieszką: teren prywatny. Otwarta, ale wjazdu broni głęboka kałuża. Podwórko jest duże, piaszczyste. Nie ma huśtawek, piaskownicy, nic dla dzieci. Stoi za to namiot, gdzie gospodarz hoduje gęsi albo kaczki. I niewielki domek. - Mieli piękny dom w centrum Bociek. Sprzedali już dawno. Pewnie zbierali pieniądze na jakąś karę, bo przecież kilkanaście lat temu drukowali tu w kurnikach pieniądze. Podobno z 60 mln euro puścili w obieg, zanim policja ich nakryła. Kuriozum. Serial można by tu o nich nakręcić - śmieje się jeden z sąsiadów. Ale przestaje, gdy zaczyna mówić o dzieciach.
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.







