Od dłuższego czasu czuliśmy, że polska piłka klubowa jest coraz lepsza, ale teraz wreszcie mamy na to niezbite dowody. Lech i Jagiellonia wchodzą szczebel wyżej niż w zeszłym roku - do Ligi Europy. Bez grzechu pychy - doceńmy to.
Chcielibyśmy dużą łyżką, od razu do syta - do Ligi Mistrzów, do której droga akurat w tym roku wydawała się przecież niespecjalnie wyboista. Ale niech ten niedosyt, wciąż wyczuwalny w Poznaniu i okolicach, nie przysłoni tego, że Lech ostatecznie zrobił jednak krok naprzód. Nie zagra, jak w poprzednim sezonie, w Lidze Konferencji, ale w Lidze Europy. I jeszcze będzie tam miał towarzystwo Jagiellonii Białystok. Dwa najmądrzej prowadzone polskie kluby, które potrafią wyciągać wnioski z własnych niepowodzeń i które faktycznie zbierają doświadczenie, a nie tylko o tym mówią, wystąpią w rozgrywkach najlepiej przygotowujących do ataku na szczyt. I właśnie z tej perspektywy – wyobrażenia, o ile mądrzejsze i lepiej przygotowane mogą być za rok – ten awans do Ligi Europy wydaje się najbardziej ekscytujący.
Lech Poznań w pigułce. Może do Ligi Mistrzów też musi dojść swoim tempem?
Gdy to wszystko się zaczynało - w pełnym lipcowym słońcu, świeżo po mundialu - apetyt na polski zespół w Lidze Mistrzów był ogromny. Rozbudzały go i mistrzowska ścieżka, którą miał kroczyć Lech Poznań, i rozstawienie w każdej z eliminacyjnych rund, i wzmocnienia, które przyszły na czas, i zatrzymanie w klubie najważniejszych zawodników. Dlatego też odpadnięcie już z Aarhus, czyli pierwszym rywalem, w dodatku w takich okolicznościach - traumatycznych wręcz, po roztrwonieniu w rewanżu trzybramkowej przewagi - rzutuje na cały obraz eliminacji.






