Igor i Zoran już w reprezentacji Polski zagrali, a niewykluczone, że w przyszłości dołączy do nich jeszcze Teo. Jak to się stało, że Igor Milicić, selekcjoner kadry, wychował trzech synów na tak obiecujących koszykarzy?
Łukasz Cegliński: Jest pan selekcjonerem reprezentacji Polski, ale zapytam pana jak ojca. Co pan czuł, jak debiutujący w niedawnym meczu z Bułgarią Zoran podawał do Igora, a ten trafił za trzy? Brat zagrał z bratem pod okiem ojca.
Igor Milicić: - Nie była to dla mnie nowa sytuacja, bo trenując z moimi synami indywidualnie, widuję ją bardzo często. To był mecz sparingowy, czyli można powiedzieć, że poważniejszy trening. Z tego powodu nie traktuję tego, jako coś historycznego, co mogłoby zrobić na mnie wrażenie. Cieszę się, że zrobiliśmy ten krok, ale emocje będą zupełnie inne, kiedy ten celny rzut zobaczymy w meczu o stawkę.
Po researchu w internecie zaryzykuję stwierdzenie, że staliście się pierwszą koszykarską rodziną, która zaistniała w międzynarodowej koszykówce w ten sposób – nie spotkałem się z przypadkiem, by ojciec-selekcjoner poprowadził w reprezentacji dwóch synów. Klan Miliciciów jest wyjątkowy?
- Powtórzę: to osiągnięcie potrzebuje potwierdzenia, bo na razie mówimy o meczach sparingowych. One nie powinny być wyznacznikiem tego, że udało się coś przełomowego i nie chciałbym, by było to tak traktowane. Na pewno jednak wszystko idzie w dobrym kierunku. Zoran rozegrał bardzo dobre mistrzostwa Europy do lat 20 i inicjatywa, żeby go powołać, wyszła od dyrektora sportowego kadry Łukasza Koszarka – mieliśmy kłopot z nieobecnością Andrzeja Pluty i Łukasza Kolendy na początku zgrupowania, potrzebowaliśmy uzupełnienia składu i padło właśnie na niego.






