21 sierpnia 2026, 19:00

Trwa wyjaśnianie okoliczności wypadku polskiego autokaru na Węgrzech, do którego doszło w niedzielę. Zginęło 12 osób. - To wielka tragedia. Bardzo mi szkoda tych ludzi. Większość znałem osobiście, z niektórymi byłem na "ty" - mówił w rozmowie z "Faktem" Tadeusz Dykas, szef firmy transportowej Michael.

Fot. REUTERS/Balazs Toth/mezokovesd Kepekben

- Moi kierowcy pokonywali tę drogę wielokrotnie. To łatwa trasa. Znali ją, byli wypoczęci. Robert, który siedział wówczas za kierownicą, jeździł do Medziugorie wielokrotnie. Podczas pobytu tam, zawsze miał pojedynczy pokój z klimatyzacją. Cały czas nocował w jednym hotelu, odpoczywał - zapewnił w rozmowie z "Faktem" Tadeusz Dykas. Szef firmy transportowej Michael podkreślił, że autokar, którym jechali pielgrzymi, był sprawny.

- To wielka tragedia. Bardzo mi szkoda tych ludzi. Większość znałem osobiście, z niektórymi byłem na "ty". To nasi stali klienci. Niedawno część z nich była z nami w Bułgarii - dodał przedsiębiorca. Tadeusz Dykas zaznaczył, że kierowca, który prowadził autokar w momencie wypadku, ma 40-letnie doświadczenie. - Ten autokar był do niego przypisany. Dbał o niego jak o własny samochód. Śmiałem się z niego, pytając, czy nie ma co robić, i wyganiałem do domu - zapewnił. Właściciel firmy podkreślił, że aresztowany na Węgrzech kierowca ma "pełną opiekę", polskiego psychologa i obrońcę z Węgier. - Jeśli sprawa zostanie przeniesiona do Polski, na pewno będzie go reprezentował adwokat stąd - dodał.