W Lechu Poznań istnieje życie bez napastników. Grając przez większość meczu bez nominalnej "dziewiątki" Kolejorz rozbił FC Thun 7:0 w walce o Ligę Europy, a olbrzymią rolę w tym zwycięstwie odegrali Allahyar Sayyadmanesh i Pablo Rodriguez. Warto pochylić się nad tym, jak Irańczyk i Hiszpan rozmontowali obronę rywali.
Przed pierwszym spotkaniem z FC Thun w decydującej fazie eliminacji Ligi Europy, w zespole Lecha Poznań odnotować było można jeden dość poważny problem: Niels Frederiksen nie mógł skorzystać z Mikaela Ishaka, który przed tygodniem doznał kontuzji w rewanżowym meczu z KI Klaksvik. Jego zmiennik, Yannick Agnero, dopiero w środowe popołudnie wrócił do Polski z Afryki, gdzie załatwiał sprawy formalne związane z przyznaniem wizy na długoterminowy pobyt w naszym kraju. Dlatego przed pierwszym gwizdkiem wśród kibiców Kolejorza rozgorzała dyskusja na temat tego, kto zajmie miejsce na pozycji numer dziewięć w domowej rywalizacji z mistrzem Szwajcarii. Opcji było kilka.
Na Wyspach Owczych po zejściu Ishaka rolę "dziewiątki" pełnił najpierw Daniel Hakans, a następnie Allahyar Sayyadmanesh, czyli nominalni skrzydłowi. Zarówno Fin, jak i Irańczyk pokazali się z dobrej strony, więc z miejsca stali się kandydatami do tego, by w czwartkowy wieczór przy Bułgarskiej także zastąpić Szweda i siedzącego na ławce Agnero. Sayyadmanesh zresztą w swojej karierze grywał wielokrotnie jako napastnik – z tym, że zawsze w duecie z nieco bardziej doświadczonym na tej pozycji zawodnikiem. Niemniej jednak postawienie na błyszczącego w ostatnich tygodniach irańskiego piłkarza wydawało się być sensowne.






