Uwielbiam kino klasy B. To filmy realizowane z dziecięcą szczerością i pasją, filmy dziwne, niewygodne i bardzo autorskie, bo nieskalane kalkulacjami wielkich korporacji. W ostatnim czasie tytuły wyraźnie inspirowane niskobudżetowymi, niszowymi produkcjami wracają do łask i na ekrany kin. Fascynację filmowymi szrotami można było zauważyć w "Pomocy" Sama Raimiego, "Skażeniu" z gwiazdorem "Stranger Things" Joem Keerym i przede wszystkim w świetnym reboocie kultowego horroru "Cicha noc, śmierci noc". Film nie tylko zmienił i uwspółcześnił wydźwięk historii, ale też naprawił jego scenariusz i dodał mu głębi.

Najgorszy film 2026 roku już w kinach. Trudno w nim szukać zalet

7 sierpnia na ekrany kin trafił "Ice Cream Man". Produkcja fanom kina klasy B natychmiast skojarzy się z komedio-horrorem z 1995 roku o tym samym tytule. Oficjalnie jednak filmy nie mają ze sobą nic wspólnego. Wielkie to szczęście, bo kultowy dziś slasher Normana Apsteina sprzed dekad zasłużył na dużo lepszą kontynuację. A produkcja Eliego Rotha jest najgorszym filmem, jaki miałam okazję obejrzeć w tym roku. To kino, w którym naprawdę trudno doszukać się jakichkolwiek zalet.

W pewnym malowniczym miasteczku pojawia się furgonetka lodziarza. Miejscowe dzieciaki z entuzjazmem zajadają przywiezione przez sprzedawcę mrożone smakołyki, z wyjątkiem chłopca z nietolerancją laktozy oraz dziewczynki dbającej o linię, choć najpewniej nie skończyła jeszcze podstawówki. Szybko okazuje się, że zjedzenie lodów może mieć o wiele gorsze konsekwencje od przekroczenia dziennego limitu kalorii oraz kilku dodatkowych wizyt w toalecie. Dzieci karmione przez tajemniczego lodziarza wpadają w niekontrolowaną furię. Ich nadrzędnym celem jest w jak najbrutalniejszy sposób pozbyć się dorosłych.