- Co się działo w Ningbo, zostaje w Ningbo - zastrzega Kamil Semeniuk, pytany o świętowanie triumfu w Lidze Narodów. Inni polscy siatkarze są mniej tajemniczy w temacie celebracji, która była intensywniejsza niż rok temu. Po niej jednak musieli się zmierzyć z perturbacjami, jakich wielu z nich nigdy wcześniej nie doświadczyło.

Cztery minuty przed wylądowaniem w Pekinie samolotu z Ningbo, z polskimi siatkarzami na pokładzie, wystartował ten lecący ze stolicy Chin do Warszawy, którym pierwotnie mieli wrócić we wtorek rano do kraju. Wówczas zaczęła się wielka operacja logistyczna, w wyniku której kadrowicze i członkowie sztabu zostali rozdzieleni na grupy, udające się m.in. do Szwecji i Niemiec. I choć rozpoczęta w poniedziałek i mocno wydłużona podróż po turnieju finałowym Ligi Narodów bardzo naszych reprezentantów zmęczyła, to sam wyjazd z wielu względów wspominają bardzo dobrze.

Zobacz wideo Reprezentacja Polski siatkarzy o skomplikowanym powrocie do kraju po triumfie w Lidze Narodów

Czegoś takiego Polacy jeszcze nie przerabiali. Chińczycy nie zaczekali

Z aż 24-godzinnym opóźnieniem do kraju dotarła w środowy ranek z Chin największa grupa kadrowiczów. Dla wielu z nich to była najdłuższa i najbardziej wyczerpująca podróż w życiu. Choć pewny tego nie jest Tomasz Fornal, który wspomina, że podróż na turniej LN do Fukuoki sprzed kilku lat również należała do bardzo długich.