Robert Lewandowski w drugim meczu w lidze MLS był na boisku trochę jak bohater słynnej serii filmów o Kevinie - sam. Podróż do Nowego Jorku tym razem może uznać za nieudaną. Jego Chicago Fire przegrało z New York City FC 1:3, a on zagrał tylko połowę spotkania. Jak się spisał?

- Poddajecie się? Czy macie ochotę na więcej? - krzyczał grający Kevina McCallistera, Macaulay Culkin, gdy dopiekał gnębiącym go złodziejaszkom. Ta scena z kultowego "Kevina samego w Nowym Jorku" śmieszy i bawi do dziś, pokazując jakim sprytem wykazał się ośmiolatek, zostawiony sam w wielkim mieście. Do piłkarzy Chicago Fire po każdej wizycie na Yankee Stadium podobnie mogą krzyczeć piłkarze New York City FC. Odkąd dołączyli do ligi MLS, czyli od dekady, zwykle ucierali nosa ekipie "Strażaków" i nigdy nie dali się pokonać. Scenariusz powtórzył się w sobotę i nie zaradził temu Robert Lewandowski, który na boisku w Nowym Jorku pojawił się późno i wyglądał na osamotnionego. Jego cała drużyna zagrała słabo i nieskutecznie, mogła przegrać wyżej.

"Miło jest wracać do Nowego Jorku". Nie tym razem

Nowy Jork kapitanowi reprezentacji Polski do tej pory mógł kojarzyć się dobrze. Lewandowski kilkukrotnie odwiedzał największe pod względem mieszkańców miasto Stanów Zjednoczonych przy okazji ważnych uroczystości. Ostatnio był na finale mistrzostw świata, kiedy z trybuny VIP śledził triumf reprezentacji Hiszpanii i swych kolegów z FC Barcelony.