Wydawałoby się, że kogoś tak doświadczonego jak Robert Lewandowski, MLS nie będzie w stanie zaskoczyć. Tego, jak padnie gol otwierający wynik meczu Inter Miami - Chicago Fire, nie wymyśliłby jednak ani Lewandowski, ani nikt inny. Polak sam do siatki nie trafił, koszmarny błąd popełnił bramkarz rywali. Na boisku był też inny legendarny napastnik FC Barcelony, który dał naszemu rodakowi lekcję. Lekcję o tym, że zawodnicy ich klasy w USA strzelać będą. I to masowo.

Luis Suarez? Asysta. Thierry Henry? Dwie asysty. Leo Messi? Gol. Zlatan Ibrahimović? Dwa gole. David Beckham? On akurat bez konkretów, choć już w kolejnym spotkaniu zanotował dwie asysty. Tak w lidze MLS wyglądały debiuty kilku z największych legend w dziejach piłki nożnej, które decydowały się w swojej karierze na amerykański etap. Teraz przyszedł czas na Roberta Lewandowskiego w Chicago Fire. Czas z początkiem zupełnie innym, niż pierwotnie planowano, ale plan A poszedł z dymem i to dosłownie.

Plan A na debiut poszedł z dymem. Plan B okazał się bardziej ekscytujący

Nie w Miami, a w Chicago i nie 23 lipca, a 17 lipca. Tak miały prezentować się szczegóły i okoliczności debiutanckiego występu Polaka na amerykańskiej ziemi. Niestety w Kanadzie szalały wówczas pożary lasów tak potężne, że wiatr pokrył dymem całe północno-wschodnie Stany Zjednoczone. W Nowym Jorku oddychanie tamtejszym powietrzem porównywano do wypalenia dziesięciu papierosów naraz. Chicago jest od kanadyjskiej granicy ok. 100 km dalej niż Nowy Jork, ale i tak sytuacja była na tyle zła, że mecz Fire z Vancouver Whitecaps przeniesiono na inny termin.