Finał Rolanda Garrosa dał Mai Chwalińskiej awans do czołówki, ale nagły sukces niesie za sobą ogromne zagrożenia. Jak nie powtórzyć losów Emmy Raducanu, Bianki Andreescu czy Sofii Kenin, które po wielkim zwycięstwie nie potrafiły się już nigdy zbliżyć do podobnego wyniku?
Maja Chwalińska to jedna z największych sensacji w kobiecym tenisie. Nasza tenisistka doszła do finału Rolanda Garrosa, dziś jest 22. w rankingu WTA. Nigdy wcześniej nie była tak wysoko, dopiero po sukcesie w Paryżu zadebiutowała w top 100 rankingu.
Miałem okazję rozmawiać z Mają we wrześniu zeszłego roku i wskazywała wówczas, że wierzy w efekt długofalowej pracy. Liczyła, że przyjdzie moment, który okaże się przełomowy dla jej kariery. Co zrobić, by Roland Garros stał się punktem zwrotnym, a nie jednorazowym wystrzałem?
Przekleństwo nagłego sukcesu
Aby zrozumieć, przed jakimi zagrożeniami stoi dziś Chwalińska, warto spojrzeć na losy tenisistek, które spaliły się w blasku własnego sukcesu. Najbardziej jaskrawym i bolesnym przykładem w ostatnich latach pozostaje Emma Raducanu. Brytyjka jako kwalifikantka wygrała US Open 2021, nie tracąc po drodze nawet seta. To, co wydarzyło się później, stało się symbolem destrukcyjnej siły show biznesu. Raducanu, zamiast na korcie, zaczęła dominować na okładkach magazynów modowych, podpisywała wielomilionowe kontrakty sponsorskie, a presja brytyjskich mediów kompletnie ją sparaliżowała. Efekt? Regularne porażki we wstępnych fazach turniejów, nieustanne kontuzje i wypadnięcie z czołówki.






